Po co nam kryzys?

Przychodzi nagle, najczęściej wtedy gdy w kilku obszarach naszego życie kumuluje się nieznośne napięcie. Czas spowalnia, ale tylko w naszej świadomości. Dni biegną swoim osobnym torem i nic się w nich pozornie nie zmienia. Tylko Ty masz wrażenie, że nie nadążasz. Utknąłeś w jakimś punkcie, zastygłeś w męczącym stanie. Diagnostyka, plany, marzenia, relacje – nic nie rusza do przodu. Spokojnie. To odczucie może oznaczać coś zupełnie innego niż myślisz. Być może właśnie przechodzisz przełom.

Ostatnie miesiące wiele mnie nauczyły, ale najbardziej tego, że najwięcej zmienia się we mnie wtedy, gdy wydaje się, że nie dzieje się nic. Kilkuletnia diagnostyka bez jasnej odpowiedzi wbrew pozorom wpływa na inne sfery życia. Każda nadzieja na polu diagnostycznym kończyła się fiaskiem. Nie trudno takie doświadczenia przenieść na inne obszary życia. Uczysz się funkcjonować w stanie wiecznego czekania. Na co? Na wszystko, na czym Ci zależy. Jednak gdzieś w głębi ducha czujesz opór. Masz już tego dość. Musi być jakaś równowaga, zakasujesz rękawy i dążysz do szybkiej realizacji innych celów. Tak, by ulżyć sobie w poczuciu marazmu. Do pewnego czasu dokładnie tak robiłam, dopóki nie musiałam stanąć oko w oko z granicami przemęczenia i kryzysu. Poczułam, że czas odciąć się od wszystkiego i pogadać zwyczajnie ze sobą, z tymi częściami mnie, które utrudniają leczenie organizmu, zamiast ułatwiać. Nieustannie drą ze sobą koty, co z pewnością nie wpływa dobrze na ogólny stan ducha i ciała. Nie sugeruję przez to, że choroby powstają tylko i wyłącznie w wyniku wewnętrznych sprzeczności. Choroby somatyczne mobilizują nas do próby zaprzyjaźnienia się z samym sobą, nawet jak wcześniej obdarzaliśmy swoje „ja” krytyką, czy hejtem. Brzmi prosto, ale prostym proces ten z pewnością nie jest. Niektórzy przechodzą go z pomocą terapeuty. Wymaga miesięcy, a czasem nawet lat wysiłku i niełatwych rozmów z samym sobą. Osobiście z uwagi na moje zamiłowanie do twórczości jestem fanką kreatywnych form wewnętrznego dialogu jak np. spisywanie rozmów wyrazistych postaci symbolizujących różne skrajne stany, emocje, czy części osobowości. Wiele z nich nie potrafi pokojowo się dotrzeć. Potrzebują czasu i dużej liczby negocjacji. Warto dać im na nie przestrzeń nie tylko w naszej głowie.


Choć piszę o sobie, to tak naprawdę po części o każdym z nas. Prawie każdy ma w sobie entuzjastę i demotywatora. Prawie każdy raz jest dla siebie miły, ale innym razem bywa okrutny. Może nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale w chorobie najczęściej ten drugi dochodzi mocniej do głosu. Słabość ciała odbiera nam siły na konstruktywne argumenty wobec wewnętrznego agresora. Lubi on podważać naszą wartość, wysiłek włożony w działanie, jest owocem perfekcjonizmu i porównywania siebie do wizerunków ludzi sukcesu z głównych stron gazet. Jak wiemy, na okładce najczęściej dominuje retusz. Skrywa słabości, kryzysy, liczbę potknięć, jakie ktoś musiał przejść, zanim stanął na wymarzonym podium. Agresor wewnętrzny nie myśli logicznie. Ukazuje wszystkich innych jako wyretuszowany ideał, tylko ty jesteś jakiś taki szkaradny, słaby, pozbawiony osiągnięć. Praca nad szacunkiem do samego siebie również w chorobie to absolutna podstawa. Teraz mogę to z odwagą przyznać, do czego zachęcam każdego z was. Godząc się na mimowolne stany potęgowane przez samokrytykę, nie wyznaczając im granic, trafimy jedynie w jedno miejsce – załamanie nerwowe. Wypierając całkowicie autodestrukcyjny głos i zajmując się innymi rzeczami, będziesz wiecznym uciekinierem. Rozwiązanie to ultimatum. – Tak, jestem w stanie Cię wysłuchać, ale jestem też w stanie wysunąć kontrargumenty wobec przekonań, którymi krzywdzisz mnie najmocniej. Ten moment to prawdziwy przełom. Nie jesteś już marionetką własnych stanów, obejmujesz ster i odzyskujesz rangę w swojej wewnętrznej hierarchii. Nie utożsamiasz się ze skrajnymi przekonaniami. Przynajmniej nad tym pracujesz. Potrafisz dostrzec swój błąd i przyznać się do jego popełnienia, ale nie katujesz się za to podwójnie. Nie płaczesz nad rozlanym mlekiem. Z drugiej strony coraz to mocniej doceniasz siebie. Nie stawiasz sobie za cel osiągnięcia mistrzostwa w jakiejś dziedzinie przez najbliższe kilka miesięcy. Zamiast ciągłych oczekiwań wprowadzasz gesty wdzięczności. Choćby nikt inny tego nie dostrzegł sam zapisz, za co sobie jesteś wdzięczny. Kolejny krok w realizacji marzenia mimo choroby, dobry gest w stosunku do kogoś, nawet gdy Tobie było źle? Najmniejsze drobiazgi w oczach otoczenia zapisuj jako osiągnięcia w swoich oczach. Na to zasługujesz. To jak lekarstwo dodatkowe, uzupełniające, ale niezbędne do wzmocnienia siebie w pokonywaniu długiej i często niestabilnej drogi ku szczęśliwszemu życiu, nawet jeśli jest w nim choroba. Ucząc się traktować z respektem siebie, przyciągasz do swojego życia coraz to więcej osób, którzy cię szanują. Swój ciągnie do swego. Nie da się zaprzeczyć. Warto więc pracować nad samoświadomością i odpornością na porównywanie się do pompowanych na siłę ideałów ciągłej witalności, energii i sukcesów.


Odpowiadając na pytanie zamieszczone na początku artykułu – po co nam kryzys? Po to, by zmusić nas do porzucenia wszelkich zapychaczy i ścieżek ucieczki przed tym, co trudne, ale czego rozwiązanie przenosi nas na poziom wyższej jakości życia. Przez fizyczny dyskomfort, ograniczone zasoby energii stajemy twarzą w twarz z własnymi granicami. W kryzysie nie masz już sił. Nawet przejmowanie się innymi przestaje być tak ważne. Po prostu chcesz stanąć w miejscu i zwyczajnie być bez żadnych warunków, presji, udowadniania czegokolwiek. Właśnie dlatego świadomość w odruchu obrony serwuje ci efekt spowolnionego filmu. Od środka jednak rozpoczyna się dynamiczna akcja, pełna wewnętrznych starć, z których powinieneś wierzyć, że wyjdziesz zwycięsko. Silniejszy, pewniejszy tego, kim jesteś, jakich ludzi chcesz przyciągać ku sobie. Stajesz się bardziej odporny na ingerencje innych w twoją osobowość. Nareszcie wierzysz w to, że to ty, a nie wpływ słabości na twoje życie ma ostatnie słowo.