Nowa Ja – szpitalne inspiracje i zwyczajne „Dziękuję.”

Ktoś w trakcie kilkudniowego pobytu w szpitalu zasugerował mi, bym w chłodny, kalkulacyjny sposób opisała swój przypadek medyczny na blogu. Uznałam ten pomysł za ciekawe wyzwanie. Po chwili jednak wpatrując się w spływającą kropelka po kropelce kroplówkę, odtworzyłam w pamięci pewną scenę z serialu. Rada naczelnej do głównej bohaterki rozpoczynającej karierę dziennikarską w prestiżowej redakcji. - „Pisz autentycznie. Najbardziej autentyczne jest to, co czujesz teraz.” Dlatego opis przypadku zostawię na później, teraz liczy się inspiracja.


Artykuł jest moim osobistym podziękowaniem w szczególności dla nowej, cennej znajomej ze szpitalnej sali – Pani M. oraz przyjaciela – bratniej, refleksyjnej duszy i naukowca, który szczególnie w ostatnich dniach dodał mi odwagi do mówienia swoim prawdziwym głosem.



Kim jestem?


Kim jest „ta”, która prowadzi stronę Niezdiagnozowanych i wraz z zespołem jest w trakcie zakładania Fundacji dla osób w podobnej sytuacji diagnostycznej? Choć możecie o mnie przeczytać w zakładce „o mnie”, podzielą się z wami większą dawką informacji. Mam na imię Pamela i należę do pokolenia Milennialsów. Gdybym miała określić siebie w kilku słowach, powiedziałabym, że jestem twórczą osobowością, ale po wielu przejściach. To właśnie one jako część mojej historii, tożsamości powodują, że ciężko mi się dogadać z osobami postrzegającymi świat jako prosty, banalny, oczywisty. Projekty społeczne, twórczość na różnych polach, tematy naukowe, psychologia, taniec – to aktywności, które rajcują mnie, odkąd pamiętam. Entuzjazm do działań jest moim wewnętrznym motorkiem, nosi mnie, by udzielać się na wielu frontach. Od kilku lat na co dzień towarzyszy mi jednak nierozpoznana do końca, leczona pod opieką specjalistów – immunologa i reumatologa - choroba kości i tkanki łącznej. Rzadki zespół Sapho to jedna z prawdopodobnych, niepotwierdzonych hipotez. Objawy ze strony układu pokarmowego doprowadziły mnie do kilkukrotnych pobytów i badań na oddziałach gastroenterologicznych z podejrzeniem dodatkowej choroby współistniejącej. Nie ona jednak ma być główną bohaterką artykułu, a lekcje, które takie doświadczenie dało mi oraz wielu innym, cudownym ludziom – m.in. spotkanych na oddziałach.


Siła tkwi we wspólnocie pacjentów


Przeszłam wiele hospitalizacji. Mogę na pamięć ocenić, które korytarze są dłuższe i bardziej zawiłe w warszawskich szpitalach. Finał pobytów to zazwyczaj częściowe nieprawidłowości w wynikach, ale wymagające dalszej diagnostyki, dodatkowych badań, nieułatwiające dojścia do ostatecznego rozpoznania. Najcenniejszym doświadczeniem w warunkach szpitalnych są ludzie, których spotkałam. Od początku swojej drogi większość z nich była poważnie chora bez zidentyfikowanego źródła ich cierpienia. Tak też było przez ostatnie kilka dni. Weszłam do sali. Już na samym początku poczułam magnetyzm bijący od nowo ujrzanej kobiety. Klasa i elegancja mimo typowo szpitalnego ubioru. Przeczucie miało rację. W szybkim czasie nawiązałyśmy kontakt, dialog bogaty we wzajemne wsparcie i wymianę doświadczeń. Przemyślenia inspirującej znajomej były odbiciem słów chwilę wcześniej kierowanych w korespondencji do przyjaciela. Prawo przyciągania? Nie mam pojęcia, ale zdecydowanie mam dar do przedziwnych zbiegów okoliczności, zdarzeń, które jak puzzle po jakimś czasie tworzą całkiem niezwykłą układankę. Lekcje, które do mnie dotarły dzięki rozmowom i pozornemu patrzeniu się w sufit przy dochodzeniu do siebie, po badaniach na uśpieniu, uznałam za warte spisania. Myśl przelana na papier nabiera większej mocy.



LEKCJA NR 1 Selekcja znajomych – obowiązkowy element leczenia


Nadchodzi wieczór. Siedzimy wspólnie w szpitalnej salce przy lekko oświetlonym świetle na łóżkach naprzeciw siebie. M. z uśmiechem wstaje i troskliwe zagląda do kroplówek dwóch starszych pacjentek w cięższym stanie. Porusza się z gracją damy, arystokratki. Ma koło 60 lat, może mniej, włosy krótkie, lekko kręcone zaciągnięte do góry przy czole. Jej twarz zdobią ładne, owalne kolczyki. Jedna z pań ma problemy z oddychaniem, nie jest w stanie poruszać się samodzielnie. Mówienie też sprawia jej trudność. Gdy tylko M. opuszcza na moment salę, kobieta wpada w niepokój. Zbiera w sobie siły by zrobić oddech i wypowiedzieć do mnie słowa: „Gdzie nasza pielęgniarka.” – tak nazywały nową znajomą pozostałe kobiety z pokoju szpitalnego, mimo że sama była pacjentką. Leżała w szpitalu już trzeci tydzień bez rozpoznania, co zaatakowało agresywnie jeden z jej organów. –„Spokojnie, jest na korytarzu, zaraz powróci” – odpowiadam, chcąc ukoić jej strach. Po powrocie rozpoczynamy wspólną pogawędkę – jak na dobrej kawie gdzieś daleko stąd.


- Wiesz, do czego dojrzałam – wyznaje. Do tego, by odciąć się od znajomych, przy których czuję się niekomfortowo. Wyrzekanie się siebie, by dostosować się do czyichś oczekiwań i dominacji to męka. Po co nam to jeszcze do tego co już przechodzimy? Pozostawiłam tylko tych, przy których nie muszę się tłumaczyć.


Zatkało mnie ze szczęścia, że ktoś to nareszcie mówi. Ja przez ostatnie lata zachowywałam się zupełnie inaczej. Pozwoliłam osaczać się tym, którzy chcą jedynie zasypiać mnie swoimi sprawami bez żadnego zrozumienia, czy umiejętności słuchania. Tłumaczyłam się, nie wiadomo z czego i po co, koleżankom wścibskim i nieszanującym pojęcia „prywatność”. Odpisywałam nachalnym, obcym typom w mediach społecznościowych – no bo wypada być uprzejmym, ale wiecie co? To właśnie się skończyło. Może dorosłam przez ostatnie trzy dni do tego, by powiedzieć kilka stanowczych, ale szczerych słów. Chcesz być moją przyjaciółką? Świetnie, bądź. Daruj sobie jednak bycie moim spowiednikiem. Nie podpisuję w przyjaźni umowy dwustronnej na zwierzanie się ze szczegółów osobistych, relacji, związków, najskrytszych marzeń. Przyjaźń to sztuka wsparcia bez inwazji, jeśli druga strona potrzebuje jakąś przestrzeń zachować tylko i wyłącznie dla siebie. Zapomnij też o byciu dyktatorem. Jeśli taki jest twój model koleżeństwa, mówię stanowcze nie. To nie Ty będziesz mi dyktować, co mam robić. Szefem swojego życia jestem ja.


Chcesz nawiązać kontakt? Spróbuj coś sobą reprezentować. Chęć współdziałania na rzecz konstruktywnych dla otoczenia rozwiązań, niesienie sensownej pomocy innym, ciekawe tematy naukowe, twórczość – chętnie porozmawiam. Chyba że zamierzasz o tym wszystkim opowiadać mi w charakterze snoba. Niestety w otoczeniu mamy zbyt dużo wywyższających się specjalistów, zbyt mało tych, łączących zdolność słuchania, reagowania i ujmowania przemyśleń w wartościowe słowa. Jeśli pytasz „Hej, pogadamy – (o wszystkim i o niczym)”, a do tego dodajesz banalny emotikon, bądź pewien, że twoja wiadomość wyląduje w sekcji nieprzeczytanych. Jeśli znów zastosujesz sztuczki manipulacji i wyrzutów to tracisz tylko i wyłącznie swoją energię. Ja nawet na to nie spojrzę. Zbyt mocno cenię swoje siły, by tak łatwo dać je sobie odbierać. Z najbliższymi mi ludźmi wolę korespondować na wartościowe tematy mailowo, dać im przestrzeń na chwilę przemyślenia, napisania sensownej i bogatej w wartościowe słowa treści. Wolę pisać "listy" z bratnimi duszami o wiele bardziej, niż zdawkowe, natychmiastowe wiadomości w mediach społecznościowych. Nareszcie mam odwagę do kroku naprzód, do sprecyzowania, kto jest bliską mi osobowością.


LEKCJA NR 2 Granice eksploatacji – trudna próba


M., podobnie jak ja od lat była kobietą aktywną zawodowo, w tym na stanowiskach zarządczych. Planowała nawet po przejściu na emeryturę realizować wartościowe, przedsiębiorcze działania. Zwolnienie lekarskie od kilku miesięcy to jej obecna rzeczywistość. Opowiada mi o tym, jak konsekwentnie doszła do tej decyzji. Stanowisko, które zajmowała wymagało całodobowej czujności. Mimo choroby początkowo usiłowała powrócić. Motor do działania dawał o sobie intensywnie znać. W trakcie próby pozostania w zawodzie przy pogorszonym stanie zdrowia wciąż było coś nie tak. Chęci nie wystarczyły do udźwignięcia przez organizm dotychczasowego zakresu obowiązków. Wszystko szło trudniej, wolniej, to co kiedyś sprawiało przyjemność, teraz męczyło.


- „Do takich decyzji dojrzewa się nieraz latami. Zrozumiesz to z czasem, ale granice eksploatacji jak nie wyznaczysz ich sama przypomną się przez ciało.” – spogląda na mnie, a ja myślę o tym, co przeżywałam ostatnio.Gniew na samą siebie. Nieefektywność. Nie zdołałam zrealizować wszystkiego z kalendarza. Przegrałam w starciu z osłabionym organizmem. Przed pobytem w szpitalu tak postrzegałam minione dwa tygodnie – jako organizacyjną porażkę. Teraz epizod ten wydał mi się cenną nauką. Formy samorealizacji powinny respektować naszą wydolność.


- „Lubię moment z dobrą kawę i muzyką. Raduję się wtedy tak szczerze, spontanicznie.” – dzieli się ze mną współlokatorka w placówce medycznej.

- „W naszej sytuacji powinniśmy zdecydowanie zwiększać liczbę takich praktyk relaksacyjnych, nie uważasz? Czy nie zasługujemy w naszym kalendarzu również na takie formy leczenia zmęczonego borykaniem się z różnymi słabościami wnętrza?” – odpowiadam, obdarzając ją uśmiechem i ciepłym, pełnym ciekawości spojrzeniem.


M. przytakuje mi i całkowicie się zgadza. Odpowiadam sobie sama na własne wątpliwości. Choć nie odnalazłam pełnego rozpoznania źródła choroby, stopniowo odkrywam siebie.

LEKCJA NR 3 Bunt wobec pogardy dla cierpienia


Choć nasz oddział wypełniają miłe i empatyczne pielęgniarki dowiaduję się o karygodnych praktykach i podejściu pracowników służby zdrowia (innych niż lekarze) do pacjentów w ciężkim stanie. Młoda członkini personelu opiekującego się chorym, z oburzeniem krzyczy do koleżanek o człowieku chorym na raka. Trafił on na SOR z atakiem dolegliwości. Wciąż ma uszy, ich nie stracił. Słyszy echo słów o samym sobie: „Znów muszę iść do tego....jeszcze rzygów mi trzeba.” Inny chory błagał swoją córkę, by nie zgłaszała uwag ani do salowych, ani do innych członków personelu opiekujących się nim poza lekarzami. Boi się zemsty, podwójnej agresji, pogardy, gdy zostanie na szpitalnym łóżku sam. Chcąc szukać w ludziach dobra, wspominam o pracownikach hospicjów z powołania. Podziwiam ich odporność i pasję. Bez tego nikt nie wytrzyma takiego zawodu. Stanie się potworem. W słabszym będzie dostrzegał jedynie rzecz, już nie człowieka. Otwieram szeroko buzię i oczy słysząc o wyśmiewaniu przez grupę pań – pracowniczek szpitalnych młodego lekarza, z pasją i opiekuńczością służącego pacjentom. Dla mnie to o wiele bardziej męskie niż znieczulica. Jedno nie wyklucza drugiego. Bycie dobrym człowiekiem nie oznacza bycia człowiekiem mało wyrazistym, stanowczym. Wręcz przeciwnie. Odwaga niesienia dobra ponad śmiech głupoty jest zdecydowanie atrakcyjna i godna pochwały. To jest właśnie osobowość. Jeśli wyśmiewasz, to jesteś jej całkowitym zaprzeczeniem. Nie masz charakteru, potrafisz jedynie upokarzać i na tym budować swoją wątpliwą wyjątkowość.


Stos myśli przelatuje mi przez umysł pomiędzy wymianą słów. M. wspomina doświadczenie kogoś z bliskich znajomych. Opiekunki domowe z zaufanego hospicjum wróciły chęci do życia i leczenia starszemu człowiekowi w trakcie poważnej choroby. Bez nich lata borykania się ze schorzeniem byłyby niekończącą się depresją. Istnieją ludzie, którzy niosą życie. Zasługują na owacje, respekt i miano autorytetu. Rozmawiamy też o prawie do życia i przestrzeni u bliskich ludzi niezdolnych do samodzielności. O tym, że opiekunowie medyczni z powołania są bardzo potrzebni, a dzieci starszych, niesamodzielnych rodziców lub rodzice niesamodzielnych przez chorobę dzieci nie powinni mieć wyrzutu. Mają prawo delektować się chwilą tylko dla siebie. Bez tego zachorują sami. Chcemy patrzeć wszechstronnie, tak by każda ze stron czuła, że dajemy jej prawa, nie zakazy.


Spoglądam ponownie na podłączaną do dawki tlenu koleżankę z sali. Wiele nocy i dni oddychała ciężko. Rozkoszujemy się z M. ciszą, jej oddechem spokojniejszym, głębszym, bez skrajnego wysiłku.


-Widzisz, lepiej jej lepiej – z uśmiechem i troską spogląda na nią moja rozmówczyni. W magiczny sposób potrafiła spontanicznym żartem i humorem wywołać uśmiech na twarzy osoby walczącej o każdy oddech.


Nareszcie rozumiem jakiej zmiany chcę dla siebie, dla długo diagnozowanych, dla ludzi nieszczęśliwych w życiu i relacjach. Chcę tlenu, oddechu pełną piersią, ukojenia. Trzeba wyrzucić z naszego życia wszystko to, co nas dusi, jeśli tylko mieści się to w naszych możliwościach. Nawet jak osób, przy których czujemy się wolni, pozostanie niewiele, warto okazać im wdzięczność. Po prostu za to, że są. Dokładnie jak w tym artykule. Dziękuję nowym znajomościom tego roku za duchowy "tlen" na etapie życia, w którym czułam, że coś we mnie nie może złapać tchu. Inspirujecie mnie do tego, by kiedyś być nim dla innych, by uczyć się być nim również dla siebie.