Lekcje z "Kamienicy Pod Szczęśliwą Gwiazdą"

Aktualizacja: 17 maj 2020


Był upalny tydzień lipca, leżałam w szpitalu dziękując losowi, że po dwóch latach funkcjonowania z niegojącymi się ranami, potem bólem stawów i kości, nareszcie jest iskierka diagnostycznej nadziei.

Byłam nieszczęśliwa w życiu osobistym i zawodowym, ale kryłam to pod maską uśmiechu - to takie w moim stylu. Niewiarygodne, ale właśnie w tym szpitalu, w którym poznałam na sali wyjątkowych ludzi poczułam aurę szykującej się życiowej rewolucji, punktu wyjścia ku wolności, jakiejś dziwnie magicznej fabuły, którą pisze moje życie. Zeszłam na dół do sklepu na parterze, miałam kupić gazetę, ale moją uwagę przykuł tytuł powieści "Kamienica pod szczęśliwą gwiazdą" autorstwa Agnieszki Krawczyk. Przypomniały mi się wydarzenia z przed 20 lat, gdy jako dziecko oczekiwałam na operację na oddziale neurochirurgii w Centrum Zdrowia Dziecka. Zadano mi - wówczas sześciolatce - pytanie: "Nie boisz się być operowaną w piątek trzynastego, mała?".

Uśmiechnęłam się. Wierzę, że chroni mnie szczęśliwa gwiazda - pomyślałam zapadając w nieświadomy sen. Ta dziecięca wiara, o którą dziś tak trudno. Z transu wspomnień wybudziła mnie zaczepka ekspedientki. Kupiłam powieść, do której końca dobrnęłam dziewięć miesięcy później. Poznałam w niej dwie kobiety, które chciałabym przedstawić również Wam.

Czas poznać główne bohaterki… Zuzanna Lorenc, młoda i ambitna pianistka przeprowadza się z Anglii do Krakowa

z dwójką małych bliźniaków będących owocem jej romansu z żonatym i dobrze sytuowanym dyrygentem. Chce otworzyć nowy rozdział w swoim życiu, w czym pomaga jej ojczym - Profesor Stanisławski. To właśnie dzięki niemu bohaterka przeprowadza się do kamienicy na Gwiaździstej, położonej w Dębnikach, która to kamienica stanie się centrum serii niezwykłych przyjaźni i zdarzeń.

Na początku powieści postać jest przepełniona stanem zagubienia i poczuciem tkwienia w martwym punkcie. Wraca do niej echo słów matki, słynnej śpiewaczki, która przez całe swoje życie podbijała nie tylko polskie, ale i zagraniczne sceny.

Od początku przypadkowej ciąży swojej córki wmawiała jej, że to wydarzenie w tak wczesnym wieku może zniszczyć jej szansę na wykorzystanie ogromnego potencjału muzycznego. Tym bardziej zdaje sobie ze smutkiem sprawę, że na próżno szukać jej wsparcia i zrozumienia we własnej rodzicielce. Postacie napotykane przez Zuzę od początku jej przybycia do Dębnik wydają się nie do końca przypadkowe. Wzmacniają jej metamorfozę dzięki przechodzeniu zbliżonych rozterek i przełamywaniu wewnętrznych oporów. Kamienica wydaje się twierdzą, która gromadzi zagubione umysły, pozwala im łączyć siły i znajdywać nowe, niebanalne opcje wyjścia z podbramkowej sytuacji. Szczególną rolę w otwarciu Zuzy na nowe znajomości odegra Helena Werde - trzydziestokilkuletnia, nowa sąsiadka, która wprowadzi bohaterkę w rzeczywistość owianej tajemniczą historią kamienicy i jej skomplikowanych mieszkańców. Helena mieszkała w kamienicy wraz ze swoją matką, siostrą o imieniu Ofelia oraz siostrzenicą Mirandą. W czym Helena i Zuzanna mogą rozumieć niezdiagnozowanych?

Szczerze i od serca przyznam, że od samego początku bliższą wydawała mi się panna Werde, aczkolwiek myślę, że większość z nas odnajdzie w sobie obie z postaci.

W nowej sąsiadce Lorenc przykuła mnie w szczególności jej różnobarwna, pełna chaosu, ale jednocześnie głębi osobowość. Nieodłączną częścią Heleny był duch buntowniczki pnącej się ku poczuciu niezależności i wolności ducha.

Nie lubiła i nie chciała dostosowywać się do schematycznego życia, w czym była całkowitym przeciwieństwem siostry. Życie Ofelii było rzeczywistością z koszmarów Werde, monotonnym i nieznośnym dla instynktu twórcy więzieniem. Hela była skrajnym biegunem , przerwała studia, podróżowała po świecie, powróciła i podjęła decyzję o chęci założenia biznesu w postaci kreatywnej mydlarni. Nie trudno wyobrazić sobie, jak jej różnorodne próby odnalezienia swojego miejsca na ziemi prowokowały docinki siostry. Najgorszym w tym wszystkim było jednak to, że młoda kobieta przenikała surowymi ocenami hołdującej rutynie i uporządkowaniu członkini rodziny, dokonując osądów samej siebie. Cały obszar relacji zarówno Zuzanny jak

i sąsiadki Werde z pozornie "bliskimi" jest pełen napięć, blokad, zdawkowej komunikacji i niechęci. Jedna z bohaterek pokonuje opór w komunikacji z własną matką, ojczymem i byłym kochankiem. Druga staje oko w oko z podcinającą jej skrzydła siostrą, zdystansowaną matką i skonfliktowanymi przyjaciółkami, które podejrzanie nieprzypadkowo powracają do jej otoczenia. Dlaczego podkreślam ten wątek? Dlatego, że stany niezrozumienia i poczucia obcości wśród swoich nierzadko są nieodłącznym elementem tego, co przeżywa osoba borykająca się z trudną

do zdiagnozowania chorobą. Niby ktoś jest blisko, ale i tak jakby daleko.

Dokładnie ten stan towarzyszył zarówno Helenie jak i pokiereszowanej przez życie pianistce.

Czy kryzys może być punktem startowym do życiowej rewolucji?

Przełom rozpoczyna się od wiadomości od nieujawnionego spadkobiercy kamienicy, którego prawnik stawia mieszkańców przed faktem dokonanym. Jeżeli chcą zostać ostatecznymi właścicielami swoich lokali oprócz pieniędzy muszą dowieść, że zrobili coś znaczącego dla innych, co zmieniło ich życie. Istotną sugestią są tu warte dłuższej uwagi słowa matki Heleny, która poucza córki, iż najprawdziwsze dobro rozpoczyna się od powrotu do porzuconej skłonności do dobrych uczynków dla samej siebie. Mimo, że Hela podchodzi sceptycznie do słów matki, powtórnie dostaje tę lekcję od losu poprzez bolesny cios. Udając się do łazienki w celu oczyszczenia myśli z dyskusji na temat absurdalnego wymogu spadkobiercy nieruchomości, wyczuwa w swoim ciele niepokojącą zmianę. Wiedziona intuicją udaje się do lekarza, gdzie w porównaniu do nas zaskakująco szybko słyszy diagnozę. Chodź niezdiagnozowani lubią marzyć o ostatecznym wyjaśnieniu, zapominają o tym, że czasem wyjaśnienie niesie jeszcze większe zagubienie niż niewiadoma. Na to też trzeba być gotowym. Równocześnie okrutna niespodzianka pojawia się w życiu Zuzy.

Gdy słyszy o powstaniu nowego Centrum Koncertowego w Krakowie odzyskuje nadzieję i wiarę w powrót do wymarzonej kariery. Sielanka nie trwa długo, chwilę potem otrzymuje informacje porównywalne do zimnego kubła wody wylanego na rozżarzaną entuzjazmem głowę. Dyrektorem ośrodka kulturalnego będzie ojciec jej dzieci, była miłość, która doprowadziła ją do mrocznych dni. Siłę do walki i podjęcia próby dostania się do wymarzonej pracy dodaje jej Helena, mimo, że sama skrywa w sobie dławiącą tajemnicę poważnej choroby. Oceniająca się wcześniej jako egoistka Werde otrzymuje dar zweryfikowania opinii o samej sobie, paradoksalnie może uwolnić się od własnych demonów dzięki wnioskom wywołanym przez diagnozę. Zdiagnozowana doznaje stanów zmieniających się jak w kalejdoskopie. Wypychanie myśli o chorobie nadmierną aktywnością, uciekanie, lęk przed otworzeniem się przed bliskimi, w których nie znajdywała zrozumienia. Mimo intensywnej, stoczonej

od środka walki zwycięża w niej hart ducha, podobnie jak w młodej Lorenc. Próbując oddać słowami powieści sedno tego, czego my możemy się od nich nauczyć są słowa:

"Bądź surowa dla choroby, nie dla siebie"...Powiem Ci szczerze: w chorobie trzeba mieć złość i pasję. Pozytywną złość, żeby to wszystko zwalczyć, i pasję, żeby dać sobie radę z przeciwnościami.Każdy ma swoje dobre i złe dni, ty także. Ale pasja pozwoli

Ci przejść przez każdą niedogodność z minimalną stratą własną"

Lekcja bycia mniej okrutnym dla samego siebie jako źródło ulgi dla niezdiagnozowanych


Poza wolą walki o swoje marzenia i cele cechą wspólną bohaterek jest wypracowana w wyniku przeszkód nagła odwaga do obnażenia ciemnych, wcześniej skrywanych faktów ze swojego życia i jednoczesna ich akceptacja, rezygnacja z wymierzania sobie kar za przeszłość. Wielu z nas lubi postępować podobnie, jak one przed metamorfozą. Oceniać swoje nauki jako błędy, próby poszukiwań jako porażki, nieudane relacje jako wyłącznie swoją winę. Kamienica na Gwiaździstej roztacza jednak nad nami swoją aurę życiowych rewolucji i nakazuje nie osądzać siebie, tak jak świat nauczył nas osądzać. Z sentymentem wspominam moment, w którym prowadzący, zaangażowany w przypadki swoich pacjentów młody lekarz tłumaczył mi, że muszę być gotowa nasilenie emocji przez leki.

"Zauważyłem, że jest Pani trochę chwiejna, więc niestety to wszystko może się wzmocnić".

Zadręczałam się tym, że może rzeczywiście powinnam być chłodna, jak wiele królowych korporacji, a bogactwo przeżyć to moja wada. Dziś z milszym spojrzeniem na samą siebie mogę odpowiedzieć mu w myśli:

"Chwiejna Panie Doktorze to może złe słowo, raczej jestem różnobarwna jak tęcza"

Dziękuję Wam Dziewczyny z Gwiaździstej za tę naukę. Szacunek do siebie mimo niechlubnych wydarzeń w przeszłości, akceptacja słabości w chorobie i akceptacja tego kim jesteśmy, poszukiwanie wsparcia w tym, do czego chcemy dążyć ponad wszystko, jest niezwykle pomocnym krokiem w leczeniu. Niestety, wielokrotnie nie znajdziemy takiego wsparcia w bliskich, w których chcemy. Czasem zmusi nas to do zamknięcia rozdziału, który miał być rozdziałem naszej miłości, tak jak u mnie kilka miesięcy po epizodzie szpitalnym w Krakowie. Jest jednak światełko  w tunelu. Akceptujący i rozumiejący istnieją, wystarczy wyjść poza znajomych i otworzyć się na innych słuchając własnej intuicji. Być może za rogiem spotkasz Niezdiagnozowanego, który będzie tym kim była Helena dla Zuzy, a Ty będziesz dla niego tym kim była Lorenc dla Werde. Ja posłuchałam intuicji, którą słyszałam w te lipcowe dni wdychając przez wielkie szpitalne okno letnie, obiecujące coś nowego za zakrętem powietrze. Byłam zbyt słaba na czytanie w pełni uwagi wtedy, ale pozostałam wierna czemuś, co kazało mi w porę powrócić do książki zgodnie z sugestią ekspedientki ze szpitalnego kiosku:


"Ma Pani dobrą intuicję, mówi Pani, że wybrała czując dobrą energię po okładce, ale dodam od siebie, że ta krakowska autorka jest trochę magiczna. Pani zobaczy,

że się o tym przekona". Kto wie, może Pani z kiosku też była mieszkanką Kamienicy Pod Szczęśliwą Gwiazdą...