Dlaczego Niezdiagnozowanym potrzebni ludzie z pasją?

Jesteś człowiekiem z pasją, mimo niezdiagnozowanej choroby, z którą walczysz? Brakuje Ci jednak osób dodających skrzydeł, bo więcej wśród nas tych, którzy gaszą, nie zauważają, nie doceniają, tkwią w klatce własnych celów lub bierności i hejtu wobec każdego, kto chce działać. Pani Beata Grzywacz jest całkowitą odwrotnością. Jak sama przyznaje uwielbia "pozytywnie zakręconych" ludzi a swoją stronę i firmę zbudowała na integracji i promocji entuzjastów oraz pasjonatów w swoich dziedzinach. Nieobce są jej burzliwe zakręty w postaci chorób. Nie zaprzecza prawu do odczuwania cierpienia, ale wierzy, że jest ono bramą do nowego rozdziału.


- Pani Beato proszę opowiedzieć o chwilach związanych z problemami zdrowotnymi, które były dla Pani tym, co nazywa Pani burzą, wstrząsem? Jak kształtowała się Pani adaptacja do wyzwania w postaci choroby, kiedy nastąpił przełom w postrzeganiu sytuacji?


BG: Zacznę od tego, że urodziłam się z wadą serca i w dzieciństwie było mi bardzo przykro, że nie mogłam żyć normalnie jak inne dzieci. Z racji tego, że bardzo się męczyłam, nie mogłam chodzić do dyskoteki, brać udziału w szkolnych wycieczkach, wyjeżdżać na kolonie … Wiedziałam, że muszę na siebie bardzo uważać i w przyszłości wybrać taki zawód, bym mogła mu podołać i nie być dla nikogo ciężarem. Ogromnym wstrząsem w moim życiu, była pewna lekcja fizyki. To było w maturalnej klasie około połowy listopada. Zdenerwowałam się tak bardzo, że zemdlałam. Niewiele pamiętam z tego czasu. Karetka, lekarz i decyzja – trzeba natychmiast operować. Wiedziałam, że to sprawa życia i śmierci. Chyba czuwała nade mną Opatrzność, bo już po kilku dniach znalazło się miejsce w Klinice Kardiologicznej w Aninie. Dostałam wówczas najpiękniejszy prezent od św. Mikołaja – dokładnie 6 grudnia otrzymałam drugie życie. To był dla mnie przełom. Wiedziałam, że to życie dostałam po coś. Byłam niesamowicie szczęśliwa. Zaczęłam normalnie żyć.


- Rzucił mi się w oczy na Pani stronie artykuł o lekarce - pasjonatce, która we współpracy z Pani firmą wygłaszała serię wykładów o stylu życia minimalizującym ryzyko rozwoju poważnych chorób cywilizacyjnych. Czy może się Pani podzielić z nami jej najcenniejszymi radami?

Tak. Pani dr Zgirska – Kulazińska to lekarka, która jeździ po Polsce z wykładami na różne tematy. Zaprosiłam ją do Tarnobrzega, by opowiedziała o tym, jaki powinniśmy prowadzić styl życia, by zminimalizować ryzyko wystąpienia i rozwoju poważnych chorób cywilizacyjnych. Pani doktor skupiła się na takich chorobach jak: cukrzyca, nadciśnienie tętnicze, nowotwory, otyłość. Najcenniejsza rada, jaką wyniosłam z tego spotkania to żyć w zgodzie z samym sobą, dbać o właściwe odżywianie, wysypiać się, być aktywnym fizycznie i zdrowo się odżywiać. Jeśli jest taka potrzeba, to należy suplementować się, ponieważ organizm ludzki sam nie wytwarza pewnych witamin i należy mu je dostarczyć. Pani doktor jest wielką „fanką” i propagatorką aloesu, dlatego duży nacisk położyła na naturalne produkty, których główną bazą jest właśnie ta roślina. Oczywiście ważne jest, jaki to aloes, skąd pochodzi i jak przebiega cały proces produkcji, dlatego ważny jest wybór odpowiedniej firmy (np. Forever Living Products).

- Gdy czytałam Pani wywiad z fizyczką, która mimo pasji do medycyny obawiała się iść na studia medyczne i jednocześnie jest zdolną malarką, przypomniała mi się postać neurochirurga, który mimo odmiennego etatowego zawodu zrobił dodatkową karierę jako muzyk. Może w tym połączeniu cech osobowości jest coś wyjątkowego? Może są nam potrzebni ścisłowcy, w tym medycy z duchem artysty, ponieważ to właśnie czyni ich bardziej zdolnymi do niestandardowego myślenia nawet w trakcie diagnostyki?

W zupełności zgadzam się z Panią. Na pacjenta często należy spojrzeć oczyma duszy artysty. Trzeba umieć porozmawiać z człowiekiem, zwłaszcza tym chorym, cierpiącym, często bezradnym wobec swojej choroby, samotności, wykluczenia. Czasem trzeba zaryzykować jakieś niestandardowe leczenie…

- Słyszała Pani o Dr Marku Obersztynie, neurologu, który pisze dla pacjentów wiersze? Podobno, gdy wiele innych metod terapeutycznych zawodzi, są one dla nich największą radością i ulgą. Język jako dar przekazu, troski i podtrzymywania godności w ludziach, którzy obawiają się jej utraty w obliczu niedostatków ciała. A może widzi Pani jeszcze inne jego dary, które mogą działać cuda?

Niestety, nie słyszałam, ale doskonale zdaję sobie sprawę, że wiersze, obrazy, muzyka to niesamowite środki terapeutyczne. Z wykształcenia jestem polonistką i w zawodzie nauczyciela pracuję od niemal 30 lat, dlatego nie trzeba mnie przekonywać, jak ważny jest język, jakim zwracamy się do drugiego człowieka. Słowami można dodać skrzydeł albo je całkowicie podciąć. Można dodać otuchy lub strącić w otchłań piekła.

- Oprócz własnej działalności i twórczości jest Pani z wykształcenia polonistką. Jedna z liderek szkół copywritingu uczy szlifujących pióro, by o rzeczach trudnych pisać lekko. Myślę, że to też dobry trop do dialogu, nie tylko pisania. Gdyby miała Pani poradzić pacjentowi idącemu na wizytę, jak zaplanować swoją wypowiedź, by nie przytłoczyć a utrzymać uwagę specjalisty, co by mu Pani poradziła?

Zgadzam się z tym, że o trudnych, ciężkich sprawach należy mówić jasnym, prostym językiem, bez zbędnego patosu. W literaturze polskiej mamy na to mnóstwo przykładów, ot choćby „Medaliony” Zofii Nałkowskiej czy tom „Pożegnanie z Marią” Tadeusza Borowskiego, opowiadające o czasach II wojny światowej. Nie ma w nich zbędnych, wzniosłych słów; przedstawione fakty mówią same za siebie.

Jeśli chodzi o rozmowę ze specjalistą, to myślę, że nie ma tu jakiejś jednej gotowej recepty, aby utrzymać jego uwagę. Moim zdaniem powinno się – o ile to tylko możliwe w naszej sytuacji – dobrze słuchać pytań i starać się dokładnie na nie odpowiadać. Jeśli czegoś nie zrozumiemy, powinniśmy o to zapytać, poprosić o wyjaśnienie. Na pewno nie należy opowiadać całego swojego życiorysu.

- Łyk kawy, błogie spojrzenie na horyzont i wycieczka do wspomnień rozmów z ludźmi pełnymi mocy i wytrwałości w dążeniu do celu. Kto w tym momencie z Pani licznych rozmówców nasuwa się, jako potencjalna inspiracja przy cięższych doświadczeniach długo diagnozowanych: nieprzewidywalność objawów, seria batalii o odpowiedź z poczuciem porażki, niewiara w czyjeś cierpienie w oczach otoczenia.

Hmm, kilka lat temu przechodziłam depresję i kiedy już się z nią jakoś uporałam, przynajmniej na tyle, że mogłam o niej mówić, słyszałam: Ty i depresja! Przecież ty jesteś wulkanem energii, tyle rzeczy robisz, jesteś zawsze uśmiechnięta i nagle depresja? Coś ci się chyba pomieszało! Zdaję sobie zatem sprawę, że nie każdą chorobę widać, nie każdy cierpiący ma smutną minę, co nie znaczy, że cierpi mniej. Pamiętam do dziś rozmowę z Panią, która cierpi na chorobę Leśniewskiego Crohna. Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, samej było mi trudno w to uwierzyć. Na spotkaniu pojawiła się bowiem śliczna, młoda kobieta, która skarżyła się nie na chorobę – tę znosiła z godnością, ale na tak zwaną ludzką znieczulicę.

- Wracając do pasji, wiele osób doświadcza rezygnacji obserwując, jak coraz bardziej zamykamy się na innych. Idąc w symbolikę zakładania kont w mediach społecznościowych, takich jak np. Instagram, czy Facebook to tak, jak gdyby każdy zbudował dom oczekując tłumów sąsiadów na kawie, nigdy ku nim nie wychodząc, bo ważne są tylko "lajki" dla jego posiadłości. Co Pani sądzi o tym zjawisku?

To przykre i bardzo smutne. Przypomina mi się tu jeden obrazek – mem, przedstawiający grób jakiegoś człowieka, przy którym stoi żałobny kondukt składający się z 2-3 osób, a pod spodem podpis: „Na Facebooku miał – załóżmy - 1000 znajomych. Nie możemy uciekać w wirtualny świat. Dobrze, że mamy takie możliwości technologiczne (przydały się choćby teraz, w dobie koronawirusa), ale pamiętajmy, że NIC nie zastąpi bezpośredniej rozmowy z drugim człowiekiem. Ważne są bowiem nie tylko słowa, ale i gesty, choćby tak symboliczne, jak potrzymanie kogoś za rękę, otarcie łzy, czy szczery uśmiech.

- Choroba wielokrotnie jest skutkiem stresu, a stres poczuciem utraty godności i bycia niewidzialnym dla innych. Myślę, że nie ma nic narcystycznego w tym, że każdy z nas pragnie usłyszeć: "Robisz naprawdę dobrą robotę w swoich fachu". Niestety w wielu środowiskach  zawodowych takie słowa to abstrakcja, króluje wyzysk, mobbing, chęć uprzykrzenia życia podwładnym, żeby nie mieli przypadkiem lepiej niż ich przełożony na początku kariery. Znajoma wspominała mi o redakcji, pod którą przybywało kilka karetek naraz. Ma Pani pomysł na jakiejś lekarstwo na ludzkie postawy, które płodzą choroby?

Myślę, że obecnie za mało mamy człowieka w drugim człowieku. Kochamy rzeczy, a korzystamy z ludzi, gdy tymczasem powinno być dokładnie odwrotnie. O „niewidzialności” możemy mówić już na samym początku naszego życia. Często rodzice kupują dziecku nową zabawkę, by dało im spokój, bo oni pracują lub są zmęczeni i chcą odpocząć. Podobnie nie mamy czasu dla naszych rodziców, czy dziadków, bo praca, dom, dzieci, własne kłopoty. Nie mamy czasu dla rodziny, przyjaciół. Smutne jest to, że nie mamy czasu nawet odpocząć, zregenerować sił. Kiedy do tego dochodzą kłopoty w pracy, problemy finansowe, jesteśmy o krok od załamania, utraty godności. Może zatem warto zatrzymać się na chwile, zweryfikować pewne plany, zastanowić się, czy idziemy we właściwym kierunku? Te pytania stawiam w mojej drugiej książce dotyczącej rozwoju osobistego, motywacji, wypalenia, zarządzania sobą w czasie.

- Z pewnością ma Pani wśród swoich klientów, osoby goszczące na ciekawych prelekcjach borykające się z przewlekłymi chorobami. Czy może Pani przytoczyć przykład, gdy Pani słowa, wywiady, działalność dodały sił chorym. Taki, który Panią poruszył i tkwi w pamięci aż po dziś dzień.

Oczywiście, że tak. Na jednym ze spotkań usłyszałam, że mi to dobrze, bo jestem zdrowa, mam rodzinę, pracę, którą kocham i wielu rzeczy na pewno nie rozumiem. Jakież było zdziwienie tej pani, gdy odpowiedziałam, że jestem już po niemal 10 operacjach chirurgicznych, w tym bardzo poważnej operacji serca. Drugim przykładem, jest wspomniana już p. Magda, chorująca na Leśniewskiego Chrohna, która nie tylko sama się nie poddała, ale pomaga innym.

- Gdybyśmy połączyły siły i wspólnie pod marką niezdiagnozowanych i Pani firmy zrobiły cykl wywiadów lub opowieści o ludziach z poważną, długo diagnozowaną chorobą i pasją, byłaby Pani na tak? :)

Jasne, że tak. Lubię podejmować wciąż nowe wyzwania.