„Ból dyktował warunki” Poruszająca historia autorów książki „W związku z chorobą”

Wioleta i Maciej – dwójka młodych ludzi wspierających się na drodze do najskrytszych marzeń. Każde z nich ma inny cel i odmienny talent, ale łączy ich miłość. Żyją pełnią życia, tu i teraz. Nie spodziewają się nadchodzącego trzęsienia ziemi. „Jutro” w rzeczywistości obojga to batalia z serią nieobliczalnych i trudnych do zdiagnozowania chorób. 10 lat później wydają książkę w formie wywiadu z życiem, rzucając zupełnie inne światło na relację choroby i dotkniętego nią człowieka.

Wiolu zacznijmy od tego, co bardzo ważne dla Niezdiagnozowanych – Twoja historia diagnostyki. Czytając o niej byłam pełna emocji, obserwując ile w niej zakrętów. Uzmysłowiło mi to w szczególności zdanie: „weszłam do szpitala z toczniem, a wyszłam z guzem”. Czy możesz przybliżyć nam od początku złożoną serię Twoich diagnoz?

WM: Jak wracam pamięcią do grudnia 2009 roku, dokładnie 22 grudnia - bo wtedy wszystko się zaczęło, jedyną kwestią, o jakiej marzyłam, było zakończenie się dolegliwości, które spadły na mnie jak grom z jasnego zimowego nieba. Myślałam, że się fatalnie zatrułam kapustą kiszoną lub grzybami, z których przygotowywałam pierogi na Wigilię (no a że uwielbiam i kapustę, i grzyby podjadał farsz, nie mogąc się doczekać Świąt). Z każdą godziną, dolegliwości jelitowe się pogłębiały. Przetrwałam jakoś Święta, choć jak sobie przypomnę to nie wiem, jak tego dokonałam. Można powiedzieć, że praktycznie zamieszkałam w toalecie. Byłam coraz słabsza i nikłam w oczach. Po Świętach udało mi się wezwać w końcu panią doktor na wizytę domową, bo byłam już tak słaba, że nie mogłam ani chodzić, ani jeść. Wszystko przelatywało przeze mnie jak przez kaczkę. Wtedy nawet na myśl mi nie przyszło, że to dopiero początek niezwykłej podróży po przychodniach, poradniach, szpitalach…

Zostałam skierowana do szpitala na oddział zakaźny z podejrzeniem salmonelli lub shigelli. Niestety tam nie zostałam nawet zbadana, tylko kazano mi jechać do innego miasta, do szpitala na oddział gastroenterologiczny. Czternastodniowy pobyt pokazał mi, wówczas 25-latce, że jeszcze bardzo dużo nie wiem. Mogłam wtedy śpiewać w głos: „jedyne co mam to złudzenia, że mogę mieć własne pragnienia… jedyne co mam, to złudzenia, że mogę je mieć”. Pobyt na tym oddziale to była dla mnie istna szkoła przetrwania. I zrozumiałam, że tam jestem tylko przypadkiem, że nikogo nie obchodzi to, że przygotowanie się do kolonoskopii w miejscu, gdzie jest jedna toaleta z dwoma ubikacjami na cały oddział (dla przypomnienia gastroenterologiczny) to istna kpina i obdzieranie z godności. Tak to wtedy czułam…Wyszłam stamtąd z „diagnozą” jelita drażliwego. Kolejno szereg wizyt w poradni gastro, bo poprawy mimo wprowadzonego leczenia nie było. Lekarz widząc po raz kolejny wyniki krwi, skierował mnie do poradni hematologicznej. Tam jedne, drugie, trzecie badania i skierowanie na biopsję szpiku z mostka z podejrzeniem białaczki. To był bardzo trudny okres, bo jeszcze wtedy ani nie wiedziałam, ani nie rozumiałam tego co się dzieje… Przyszły wyniki. Pani doktor z wielką wrażliwością oznajmiła mi, że jest źle i że potrzebna jest trepanobiopsja z kolca biodrowego by rozszerzyć diagnostykę. Świat zawirował i stanął na głowie. Tak jak wspominam w książce… postanowiłam sobie wtedy, że będę walczyć i będę się uśmiechać, bo nie chcę, aby w mojej głowie zakorzeniły się złe myśli. Mimo, że to łatwe nie było. I tu nastąpił cud! Długo wyczekiwane w stresie wyniki trepanobiopsji ostatecznie nie wskazały białaczki.

No wspaniale! Ale z jednej strony ulga, a z drugiej nadal zagadka nie rozwikłana. Inna pani hematolog kieruje mnie badania wirusowe. Zaczęła się wtedy dwuletnia przygoda z wirusem CMV (wirus cytomegalii). W trakcie także ktoś rzuca trop i ląduję po roku czekania, na oddziale reumatologicznym na diagnostyce. Wyszłam z niezróżnicowaną choroba tkanki łącznej. Kolejne dwa lata 38 stopniowej gorączki, aft, leukopenii, trombocytopenii, limfadenopatii wypadania włosów i bólu doprowadza ostatecznie do diagnozy tocznia układowego. Jednak to nie był koniec. Podróż trwała… pobyt w szpitalu co trzy miesiące. Raz wychodzę po laparoskopii z endometriozą, innym razem z guzem piersi, kolejnym z guzem na prawym płacie skroniowym, innym razem z torbielą na przysadce mózgowej, a do kompletu dochodzi guz tarczycy… Pojawiają się „epizody” udarowe, zaniki pamięci, bełkotanie… I to wszystko co się wydarzyło i wydarza nadal, ta cała podróż - doprowadza mnie tam, gdzie się nie spodziewałam. Doprowadza mnie do domu – do siebie, czyli tam skąd uciekałam przez całe dotychczasowe życie. W końcu mogłam się rozpaść na milion kawałeczków i odbudować od nowa, zbierając tylko te, które są mi potrzebne…


Z tego co opisywał w Waszej książce Maciej, on również wielokrotnie widywał różnych specjalistów, w szczególności neurologów zanim padła diagnoza stożka rogówki oraz hiperkamii ciągłej. Czy możesz opisać nam te dwie choroby, nie tylko jako suche fakty medyczne, ale przede wszystkim od serca. Jak wpływają na codzienność chorego? Co Twoim lub Waszym wspólnym zdaniem najmocniej utrudniało sprawną diagnozę?

WM: Tak, to prawda. Nieraz się śmiejemy, że zamiast na randki do kawiarni, chodziliśmy razem do lekarzy. Podobnie, jak ja Maciek zaczął od gastrologów, którzy w pierwszej kolejności zdiagnozowali u niego chorobę Leśniowskiego-Crohna. No ale aby nie było zbyt nudno musiało zaatakować nas coś nowego. Maciek coraz bardziej i częściej narzekał na złe widzenie. Wciąż zamazany obraz, nieostry, zamglony. Okuliści mówili, że to wynik astygmatyzmu, z którym żył od lat. Jednak przyszedł taki czas, że problem ze wzrokiem nasilał się w ogromnym tempie. Do tego doszedł ogromny, wręcz przerażający ból prawej strony głowy. To ból dyktował warunki, żadne leki nie działały. Maciek był zdruzgotany, zwłaszcza psychicznie. Nie wiedział, jak to będzie, jeśli straci wzrok (a pracuje w agencji kreatywnej i oczy oraz komputer to jego narzędzie pracy). Jak sobie przypomnę te dni to rozdzierają mnie straszne emocje. Ten wewnętrzny ból i krzyk – jak pomóc najbliższej osobie, jak zatrzymać utratę wzroku, co zrobić by wzrok wrócił, przecież chcieliśmy jeszcze tyle razem zobaczyć… Te długie, trudne, pełne łez wieczory.


Szukaliśmy specjalisty, który połączy kropki. Neurolodzy, neurochirurdzy, okuliści i wciąż to samo, czyli żadnych konkretów. W końcu jedna z okulistek zaleca zrobienie topografii rogówki. Wręcz to było niesamowite. Czekaliśmy kilka miesięcy, a po trzyminutowym badaniu został nadany kierunek diagnozy. Stożek rogówki – tak brzmiała diagnoza. Niby kamień z serca, ale okulista, do którego trafił Maciek by skonsultować wynik, dobił nas totalnie. Powiedział, że teraz to już tylko zostaje czekanie na przeszczep. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Przeczesywaliśmy Internet w poszukiwaniu informacji i wyczytaliśmy, że to nie prawda. Znaleźliśmy specjalistów od stożka rogówki, którzy od razu zapisali Maćka na operację. Mieliśmy miesiąc na poukładanie wszystkiego od nowa, ale przepełniały nas od środka niepokój, napięcie, niepewność podjętej zgody na operację.


Oczy oczami, ale olbrzymi ból głowy jednak nie ustawał. Znalazłam jakimś cudem lekarza, który zajmował się takimi trudnymi bólami głowy. Udało się w miarę szybko do niego dostać i jest! Jest diagnoza – Hemikrania ciągła oraz zaordynowany plan leczenia. Ale… jak zwykle pojawia się „ale”. Do kliniki, w której ma być operacja oczu, wysyłamy dokumentację dotyczącą diagnozy hemikranii. Dzień przed operacją, czyli w ostatniej chwili pani profesor oznajmia, że operacja w takiej sytuacji jest kategorycznie zabroniona. Gdyby odbyła się w tak zaostrzonym stanie to komplikacje operacji oczu mogłyby być druzgocące. Tak więc na dzień przed operacją, Maciek wraca przerażony, ale jednocześnie szczęśliwy, że do operacji nie doszło… bo mogło być znacznie gorzej niż jest. Diagnozę, która trwała w sumie kilka lat, utrudniał fakt nieznajomości przez szereg okulistów choroby oczu, czyli dokładnie stożka rogówki, a także powierzchowność patrzenia neurologów i odnoszenia bólu głowy do napięciowego bólu głowy, a żadne leki nie dawały żadnej poprawy. Smutne, ale prawdziwe… Śmiało mogę powiedzieć, że nie wolno tracić wiary, nadziei, wytrwałości i wewnętrznego uporu w docieraniu do prawdy. Nie poddawajcie się! Nigdy!

Kto zechce czytać książkę o chorobie? – rzekłby złośliwy wydawca. A jednak odpowiedziałabym mu, że wiele osób. Po części przyczyną tego jest przesycenie rynku treściami hołdującymi sile i witalności. Może to dziwne stwierdzenie dla obiektywnej osoby czytającej wywiad, ale odczułam ulgę, czytając Twoją książkę. Ulgę, że ma prawo mi być źle, a gdy tak jest, nie muszę udawać.

WM: Kto zechce przeczytać książkę o chorobie? A wiesz, że ja się nawet nad tym nie zastanawiałam? (śmiech). Może to dlatego, że sama chciałabym taką książkę przeczytać, zwłaszcza gdy rozpoczynałam swą przygodę z chorobą. Tytuł książki „W związku z chorobą” rzeczywiście nawiązuje wielowymiarowo do choroby. Jednak ja wiem, ale i też głęboko wierzę w to, że nic nie jest takie na jakie wygląda, i że we wszystkim jest głębszy sens… I tak też jest z naszą książką i przekazem zamieszczonym na jej stronach. Historia choroby, słabości, łez, trudności, zmagań, poszukiwań diagnoz to tylko część doświadczeń, dzięki którym nauczyliśmy się siebie od nowa. Dzięki którym paradoksalnie niczego nie straciliśmy, a wręcz przeciwnie – odnaleźliśmy prawdziwych siebie, prawdziwą miłość do siebie i życia. Ideą powstania naszej książki była chęć oswojenia „otoczenia” z tym, z czym zmagają się każdego dnia osoby z chorobami przewlekłymi, a także pokazanie osobom chorym, że choroba to nie słabość, a wielka siła. Dlaczego? A dlatego, że gdy kogoś złapie przeziębienie i podskoczy mu temperatura to idzie na L4; gdy złapie kogoś jelitówka, to idzie na L4; gdy złapie kogoś ból kolana to zwykle idzie na L4… a osoby przewlekle chore lub doświadczające przewlekłych, a jeszcze niezdiagnozowanych dolegliwości muszą mierzyć się z tym nie przez dzień, trzy dni lub dwa tygodnie. Muszą się z tym mierzyć miesiącami, a często nawet latami. Jak więc można powiedzieć o takich osobach, że są słabe? Osoby te, my jesteśmy życiowymi siłaczami, którzy nie muszą niczego udawać i bać się prawdy. Żaden ból nie jest ani gorszy, ani lepszy niż ból kogoś innego. Ból jest i jeśli go doświadczamy, oznacza to, że może nam być źle, smutno, ciężko i trudno, i nikt nie ma prawa nas oceniać, skoro nie jest w naszych butach. Jednak, gdy znajdujemy się w takim chorobowym „momencie” i doskonale wiemy, że nie możemy dodawać dni do naszego życia, to starajmy się chociaż dodawać życia naszym dniom – choćby szczerym uśmiechem, na który zawsze nas stać…

Piszesz sporo o tym, że choroba nauczyła Cię nie odkładać na później. Wspominasz często motto, że założenie zrobienia czegoś „kiedyś” bardzo często staje się „nigdy”. Spójrzmy jednak na drugą stronę medalu. Nie uważasz, że czasem powinniśmy zachować umiar, gdy choroba wręcz tworzy presję do działania. Oczywiście warto działać, ale nie kosztem swojego zdrowia, ponad swoje siły. Jak osiągnąć upragniony balans? WM: To prawda. „Kiedyś” bardzo szybko może stać się naszym „nigdy”, a z drugiej strony refleksja płynąca z choroby, że czas ucieka i chęć zagarniania życia, póki czas może być wyczerpująca zarówno psychicznie jak i fizycznie. Jak osiągnąć balans? Bardzo długo szukałam odpowiedzi na to pytanie… Słuchałam wykładów mądrych osób, specjalistów, czytałam wiele książek na ten temat, by owocnie wykorzystywać czas, ale i swoje możliwości. I co? I nic… do póki nie zdałam sobie sprawy z tego, że mogę zrobić tyle, ile mam sił. Nie porywam się już z motyką na słońce i wszystkie plany, marzenia i zadania dzielę na małe kroczki. Ale tak nie było zawsze. Potrafiłam z wysoką gorączką jechać na spotkanie, a potem dokańczać projekt przed komputerem, bo następnego dnia miałam rozmowę z klientką. Ale to do niczego dobrego nie prowadziło. Następnego dnia nie byłam w stanie wstać z łózka. Kilka takich sytuacji i organizm pokazał mi, że on wie lepiej! Po epizodzie związanym z udarem dotarło do mnie, że nie ma dyskusji. Jeśli nie zaakceptuję moich ograniczonych możliwości i jeśli nie zacznę odpoczywać i o siebie dbać, to nie będę mogła dbać o innych. Dajemy przecież innym tyle, ile mamy w sobie. Jeśli byłam wykończona, bez radości i żyłam na oparach sił oraz energii to czym mogłabym się dzielić z innymi? To pytanie pomoże utrzymać balans zarówno w pracy jak i w spełnianiu marzeń. Odpocznij by mieć siłę, zanim sięgniesz po więcej!

Bardzo spodobała mi się koncepcja Waszej książki – rozmowa z życiem, które wchodzi w rolę redaktora zadającego Wam pytania. Co było dla Ciebie inspiracją do pomysłu? Rozmawiasz czasem we własnych myślach z życiem, z chorobą, a może odwrotnie to Ty masz wiele pytań do życia, na które nie znasz odpowiedzi i pisanie było dla Ciebie jak droga do ich odnalezienia?

WM: Dziękuję. Cieszę się, że ta koncepcja spodobała się także Tobie. Pomysł zrodził się stąd, że ja jestem fanką wywiadów. Bardzo lubię głębokie rozmowy oraz pytania, które mogą pomóc doprowadzić nas do wielu zapomnianych zakamarków naszej duszy. Rozmawiam sobie z Życiem, współpracuję z nim, czego się też nauczyłam w trakcie choroby. Aby nie walczyć z tym co do nas przychodzi, by nie stawiać oporu, ale by się stawiać do życia z ufnością i wiarą w to, że mam tyle siły by sobie ze wszystkim poradzić. Pytam go co dla mnie przyszykowało… i jestem gotowa na wszystko. Nie chciałam, aby to była zwyczajna książka na zasadzie przedstawionej trudnej historii, jakich wiele (niestety). Moim pragnieniem było to, aby czytelnik mógł odpowiedzieć na każde z pytań sam przed sobą w pełnej szczerości. Inaczej bowiem będzie odpowiadać osoba, która obecnie z chorobą się zmaga, a inaczej ktoś, kto chorych jeszcze nie rozumie… Nasza historia może stać się tylko tłem, ale może być także dla kogoś inspiracją, że można inaczej.

Opinie jakie spływają do nas od czytelników, a spływają dosłownie, bo z wieloma łzami wzruszeń mówią jedno: książka porusza do głębi i zmienia spojrzenie na wszystko. Choć niełatwo jest mi się chwalić, to jestem niezmiernie szczęśliwa, że zarówno forma książki jak i jej treść dociera do najodleglejszych zakamarków dusz i serc by zasiać ziarenko miłości oraz by rozniecić wewnętrzne światło tych, którzy przeczytają „W związku z chorobą”. Czy można chcieć czegoś więcej?

Choroba jako inspiracja do odnalezienia swojej drogi. Myślę, że to inspirujący wątek dla niezdiagnozowanych i zdiagnozowanych. Powołam się tutaj na cytat, który sama przywołałaś na kartach książki: „Gdy choruje ciało, lepiej słychać duszę”.

WM: Wiesz, jestem zdania, że wszystko naprawdę jest po coś… i nic nie jest tym na co wygląda. Jeśli chcesz, aby coś się zmieniło, zmień myślenie – ktoś trafnie powiedział. Zgadzam się z tym i tak też było u mnie. Gdy przyszła choroba i zatrzymanie, musiałam przede wszystkim zmienić myślenie i podejście tak do samej siebie, jak i do wszystkiego co się dzieje. Natrafiłam właśnie wtedy na słowa Lwa Tołstoja: „Kiedy ciało słabnie, lepiej czuje się duszę”. Przeszły mnie dreszcze i poczułam, że mam na tym polu sporo roboty. Zaczęłam zadawać sobie wiele pytań: Czego potrzebuję, czego nie potrzebuję? Czego chcę, czego nie chcę? Za czym tęsknię? Czy chcę żyć tak, jak do tej pory? Rozpoczynając te niezwykłą podróż w głąb siebie, nie spodziewałam się, że będzie to najtrudniejsza droga i praca. Trud i łzy towarzyszyły mi bardzo długo. Jednak odkrywanie odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, rozpościerały piękne widoki na przyszłość…

I tak pewnego dnia, kiedy kończył się czas mojego zwolnienia lekarskiego, otrzymałam po roku oczekiwania, termin do stawienia się na oddziale w celu poszerzenia diagnozy. Miałam dokonać wyboru – powrót do pracy na ciepłą posadę w urzędzie miejskim lub dalsze zaopiekowanie się sobą i szukanie diagnozy. Wybór był niezwykle prosty – stanęłam po swojej stronie. Za kilka dni byłam już w szpitalu, a umowa o pracę została automatycznie zakończona. Powstało jednak „ale”… Ale jak ja sobie teraz poradzę? Jak będę zarabiać pieniądze, które są niezbędne do życia oraz do tego by móc się leczyć… I tak jak pisałam w książce, postanowiłam i tym razem, znaleźć drogę lub ją sobie stworzyć. Jako że moja życiowa druga połówka wówczas także już zaczął mieć problemy zdrowotne, postanowiliśmy wziąć wszystko w swoje ręce i założyliśmy agencję kreatywną, bo my kreatywnymi duszami jesteśmy. Teraz jak sobie pomyślę, było to maksymalnie szalone, ale z drugiej strony, gdyby nie nasza odwaga i chęć decydowania w 100% za siebie to nie doświadczyłabym tylu pięknych rzeczy, nie poznałabym tylu wspaniałych osób, nie wykreowałabym tylu niezwykłych projektów. Mogłam rozwinąć skrzydła i puścić wodze fantazji w tworzeniu swojego zawodowego świata, w którym pomagam innym wzrastać, a to powoduje, że i ja wzrastam. Coś na kształt powiedzenia: co dajesz – wraca. Był to czas niełatwy, ale od zawsze chciałam robić coś, co nie tylko karmi moje ciało (daje pieniądze na życie), ale karmi też moją duszę (pozwala wzrastać mentalnie i mieć poczucie spełniania się każdego dnia, a nie tylko od święta). Jak to w życiu, miewamy lepsze i mniej dobre chwile, spokojne i mniej spokojne… ale z każdego dnia czerpiemy jak najwięcej się da w danym momencie zarówno dla ciała jak i dla duszy.

Rozumiesz niezdiagnozowanych, mimo, że masz wiele diagnoz. Wiesz czemu? Bo przeżyłaś ból niepewności jutra. Jeśli miałabyś przekonać najbardziej cynicznego i oschłego człowieka do tego, że chory cierpiący z powodu nieznanej przyczyny ma prawo być wykończony, jakimi słowami próbowałabyś go przekonać? WM: Rozumiem niezdiagnozowanych, bo sama przez kilka lat byłam dla siebie i innych zagadką. Wiem, jak to jest żyć z bólem niewiadomego pochodzenia, z gorączką nie wiadomo skąd, kiepskimi wynikami i niepewnością jutra… Czy doświadczając tego wszystkiego, znalazłaby się choćby jedna osoba, która nie byłaby wykończona? Myślę, że nie. Zatem sceptyku drogi, przypomnij sobie czas, kiedy zmagałeś się z cięższym przeziębieniem albo grypą żołądkową lub zatruciem. Jak się wtedy czułeś? Było Ci ciężko, źle i nie wiedziałeś, kiedy wrócisz do sił? No właśnie… Osoby doświadczające wszelakich dolegliwości nieznanego pochodzenia czują się tak samo, tylko nie przez trzy dni, tydzień czy miesiąc, a latami. Wiesz co różnie je od innych osób? Ogromna determinacja w docieraniu prawdy i walki o swoje lepsze jutro! Pamiętaj – niezdiagnozowani nie są słabi. Takie osoby mają niezwykłą MOC i WIARĘ, która pozwala im kroczyć z podniesioną głową. Zanim ocenisz, pomyśl i próbuj zrozumieć, bo każdy kogo spotykasz, może właśnie przeżywać swój „koniec świata”.

Oglądałaś może serial komediowy „Dobre Miejsce” na Netflix? Czwórka zmarłych (w wyniku pechowego zbiegu okoliczności) walczy o ocalenie swoich dusz. Jednej z bohaterek - Tahani -złe siły zarzucają po śmierci, że mimo pomocy innym na ziemi, należy do zła, bo robiła to dla schlebienia swojemu ego. Mnie to nie przekonuje. Uważam, że mamy pełne prawo chcieć pomagać innym i jednocześnie chcieć być cenionym za cenne dla otoczenia działania, które robimy dzięki swoim zdolnościom. Chęć bycia docenionym to również marzenie o byciu potrzebnym. Wówczas to piękne, nie próżne. Popierasz mnie? WM: Serialu nie oglądałam, ale dziękuję za inspirację. Ktoś kiedyś powiedział, że będziemy rozliczanie nie z tego co zrobiliśmy, tylko jakie intencje nami kierowały. No i gdyby tak się wgłębić w te nasze zachowania to czasem faktycznie można zauważyć, że ludźmi kierują różne pobudki. Jedni pomagają z potrzeby serca, inni z potrzeby ego. Ale i tu poszłabym jeszcze krok dalej, bo przecież rozszalałe ego też o czymś mówi… Podejrzewam, że chęć bycia docenionym może mieć swój początek w „braku”, w braku miłości, akceptacji i zauważenia w czasie dzieciństwa. Wówczas jako dorośli możemy „na siłę” chcieć tego doznawać i na siłę też pomagamy innym oby tylko zostało to zauważone… by poczuć się potrzebnym, docenionym, pokochanym. To już nie mnie oceniać czy taka pomoc jest dobra, czy zła. Jeśli tylko działa to wspierająco zarówno potrzebującym jak i tej osobie, która pomaga to myślę, że warto robić tego jeszcze więcej.

Na koniec poprosimy Ciebie - jako osobę z niezwykle ciepłym, ale i przedsiębiorczym sercem - o słowo motywacji. Trzymasz kciuki za prace nad powstaniem Fundacji dla Niezdiagnozowanych? Widzisz sens na podstawie swoich doświadczeń i Maćka, żebyśmy walczyli o respekt dla chorych długo diagnozowanych i o szybsze diagnozy? Czy przypominasz sobie przy tym jakieś momenty szczególnego osamotnienia, które czuliście z Maćkiem w trakcie diagnostyki? WM: Kochani oczywiście, że trzymam kciuki za Wasze dotychczasowe i przyszłe działania na rzecz osób Niezdiagnozowanych. Łączę się z Wami w działaniach wspierających oswajanie chorób przewlekłych, pokazywania, że nie cierpi się na pokaz tylko z ważnego powodu, że zamiast kogoś oceniać, starać się zrozumieć… Dla mnie niezwykle istotną kwestią jest uświadomienie osobom niezdiagnozowanym, które doświadczają przewlekłych dolegliwości, że nie są same i aby nie bały się prosić o pomóc nawet obcych ludzi, którzy nieraz częściej mają otwarte serca, niż osoby z bliskiego nam otoczenia. Nie poddawajcie się w docieraniu do prawdy i nie zamykajcie się na jedne rozwiązania i możliwości. Jesteśmy istotami złożonymi z Ciała, Umysłu, Duszy i to jest właśnie prawdziwy prawdziwy CUD. Nie zapominajmy, że zdrowie polega na równowadze w każdym z tych naszych elementów. Jeśli któryś szwankuje, coś zawsze będzie nie tak. Ja osobiście zgadzam się i popieram holistyczne podejście do zdrowia oraz czerpanie zarówno z medycyny konwencjonalnej jak i z metod niekonwencjonalnych oraz mocy ziół i roślin leczniczych. Na własnej skórze doświadczamy z Maćkiem powierzchownego oceniania przez lekarzy, którzy patrząc i widząc uśmiechniętą osobę, wielu z nich nie chce się pochylić nad medyczną zagadką. Ale nie poddajemy się i szukamy innych specjalistów, którzy nie tylko zechcą doraźnie uciszyć objawy, ale i obdarzą zainteresowaniem, zrozumieniem, połączą wszystkie kropki i pokażą dalszą drogę…

Doskonale wiem, że aby wyzdrowieć trzeba przede wszystkim tego chcieć i wierzyć, że można. Trzeba także dbać nie tylko o ciało, które przez wszystkie dolegliwości głośno woła o pomoc i uwagę, ale należy zadbać także o rehabilitację i uleczenie ran, które przez lata nosimy w sercu oraz wszystkich krzywd i urazów zapisanych w głowie.

Życzę wszystkim dużo siły i życiowego uporu na drodze do diagnozy.


Dziękujemy Ci Wiolu za wywiad, mocną dawkę sił oraz inspirację i życzymy wszystkiego co najlepsze.